martha blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

Już nie wiem

1 komentarz

czy na prawde sytuacje tutaj są takie komiczne czy ja po prostu
nieadekwatnie reaguję.Nie wiem czy jest sens przytaczać sytuację z
kebabem…znaczy jednym z Ahmedów,z którym mam j.hiszpański,bo kluczowym
chyba było widzieć jak nie mogłam zapanować nad śmiechem i w żadnym
języku przeprosić la profesory.Anyway tak w skrócie za zadanie mieliśmy
narysować swoje drzewo genealogiczne.Potem Sonia zbierała kartki i każdy
losował jedna z nich żeby  świeżo wkutymi słowami opisać jak ma na imię
czyj padre,jakie hijos ma tio kogośtam i z kim casada jest twoja
abuela.W ramach niejaności można pytać autora drzewka.No i tak zostałam
poproszona przez Ahmeda i zapytana czy moja mama to Janina czy
Zdzisław…dwa razy powtórzyłam,że Zdzisiu to mój ojciec,bo kolega
przekonany był,że to jednak imię żeńskie.Podzieliłam się swoją radością z
Polkami i kolejne 5 minut trzęsłam się na krześle powstrzymując śmiech.
Może odreagowuję tydzień bez śmiechu? Dzisiaj usłyszałam kolejny żart
związany z językowymi faux-pas i różnicami kulturowymi.Nie wiem
dokładnie od czego się zaczęło,ale Magda nawiązała z kolegą Italiano
rozmowe nt.pewnego zwierzaczka,któregop posiada.Z jego wypowiedzi i
gestów wydedukowała,że przywiózł ze sobą sierściucha,chomika.Podczas
dalszego opisu stwierdziła jednak,że Italiano ma pasjonujące hobby i tak
na prawdę opiekuje się motylem!Dopiero gdy podczas dalszego opisu
zaczął gryźć koszulkę zorientowała się,że chodzi mu o mole,które ma w
szafie…
Jem,jem i…jem.W takich fazach zawsze sobie obiecywałam,że
na dniach ruszę z ostrym treningiem.Tylko,że tu nie mam pewności,że się
na niego załapię,a samodzielnie jakoś ciężko z motywacją.Nie to,że mi
tu jakoś specjalnie smakuje żarcie,bo wszystko wydaje się
przetworzone,jedynie mam jakąś większą pewność,że rośliny z warzywniaka
są świeże.Aha,miałam pisać,żeby zdawać relacje z życia w Hiszpanii,a nie
się rozdrabniać nad przemyśleniami.A więc z faktów – nie jest
drogo,zdaje mi się na ten moment,że jest porównywalnie jak w PL,chociaz
ciężko to przełożyć,bo ani nie przeliczę na złotówki ani ‚nie myślę’ w
euro,bo jak na razie wydawałam zamienione złotówki,co bardzo boli
widzieć jak 1000zl zamienia się na zaledwie 230 euro…Nt.wydatków
postaram się wypowiedzieć za miesiąc,mam nadzieję,że się trochę
ogarnę.Codziennie odwiedzam ‚Consum’a’ albo ‚Mercadonę’,takie tam
espańskie Biedronki/Lidle,ale z mniejszą różnorodnością produktów,tak mi
się wydaje.
Aaaaaaaa…uniwerek.Nie dokończyłam swojej matrykulacji,bo nie rozumiem
poleceń w formularzu :-P czekam aż współlokatorka będzie wolna i pomoże
mi uzupełnić.Na razie uczę się jedynie języka na kursie,ale ludzie na
około rzeczywiście zdają się być pomocni tak jak i kadra.Jak niektórzy
wiedzą nawet na facebooku dostaję bezpośrednie przypomnienie o
matrykulacji online,której nie mogę zrobić na Universitat Jaume I(dalej
zwany:UJI).
No to ten,what’s more…powinnam powiedzieć que mas….?:D nie chce mi
się nic w sumie,pewnie z powodu braku ruchu,chciałam jeździć na UJI
rowerem,ale nieeeeeeeestety,jeżdżę ze współlokatorkami samochodem.
Nic się nie dzieje w sumie,grzeje,ja się pocę,a jutro test.No to do pracy.

I tak sobie myślałam przez pierwszy tydzień.Nie ruszało mnie za bardzo
słońce, przed którym z resztą pół dnia i tak się chowałam,bo miałam
ochotę bić je po łapach,jak mnie dotykało. Co za dużo, to też niezdrowo,
mamusia zawsze mówiła…
Rozbita przymusem bezczynności czekałam na kolejny dzień i kroczek do
przodu w podróży przyswajania nowej rzeczywistości. Niczym Roszpunka
siedziałam w swojej przyciasnej komnacie zapuszczając warkocz. Chcąc
przywyknąć do
tego,że nie będę dzieliła kolejnego pół roku z Wami, tylko z Nimi,
którzy mam nadzieję też nie długą bedą ‚Wami’.Tylko weź się tu rusz,jak
nie ma cię kto popchnąć.Oj po raz kolejny czułam, że nie jedzenie i nie
woda mnie napędzają.Tylko Wy.
Przypomniało mi się też,jak w gimnazjum…liceum?w każdym razie
oglądajać DD Havana Nights marzyłam o Hiszpanii.Żeby tańczyć do muzyki
sączącej się po ulicach, na których życie toczy się 24/7, żeby rozmawiać
z ludźmi którzy na nich żyją, żeby wsiąknąć w całą tą rzezcywistość.I w
sumie jeszcze to do mnie nie dochodzi,że po tygodniowej burzy życia
okazuje się,że…dios mio,moje największe pragnienie się spełnia. Wczoraj
obserwując na plaży Hiszpana, który żąglował piłką jakby się z nią
dogadywał, wpatrując się w jego jasne oczy(śniadą karnację, krzaczaste
brwi, trzydniowy zarost,abs…)doszłam,tzn.doszło do mnie,że w końcu
zaczynam się cieszyć urokami Hiszpanii,do których tak mnie
ciągnęło.Spędzam dni na plaży,w towarzystwie ludzi,którzy bawią mnie do
rozpuku,a on płynie w moim tempie..Potem zorientowałam się,że właśnie gram w football, jestem z nim
w drużynie i przepuszczam bokiem piłkę, którą nawet mi podał. No
nic,następnym razem ;-P
Może
jutro nie będzie cudowne,ale wczoraj i przedwczoraj i zeszłych wiele dni
było i nawet to wystarczy. Jeżeli miałabym listę celów w życiu, to ten
pod hasłem ‚spełnienie marzenia’ byłoby odhaczone.
Nigdy
jakoś specjalnie nie spędzałam chwil na bujaniu w obłokach i odłączaniu
się od rzeczywistości. Cza działać.

Czas tu zdaje się płynąć w moim rytmie, a ludzie go ze mną dzielą, nie
każąc mi go zmieniać, dostosowywać. Jak nie dziś, to jutro, tylko nie
każ mi planować.

I tak oto dzięki Wam moja rzeczywistość to moje marzenie.
Tak tak,mówię o Tobie.

A teraz

Brak komentarzy

na spokojnie.
Zastanawiam się,czy nie zacząć od końca.A spróbuję.
A
więc okazało się,że takie załamanie pogody(po około 12 dniach pobytu w
ES zjawiły się pierwsze chmury w ilości przed-burzowej zasłaniając
momentami całe niebo nie jest normalne o tej porze roku.O ironio.A skoro
o niej mowa,to dzięki zaufaniu i chęci pomocy seniority Margo w
ostatnim momencie udało mi się załapać na wycieczkę do Montenejos.
A więc na 10 zbiórka na
Plaza de Independencia,najlepiej z 10 minut przed i jedziemy.No to
hop,skoro to 5 minut drogi ode mnie spokojnie wyszłam 9:45.Przechodząc
do ironii,nie wiem po co,bo mogłam sobie to darować,w windzie
poprawiając torebkę podskoczyłam…zatrzymując tym samym windę.Pierwsza
myśl to polskie ‚oczywiście,że mi się to musiało przytrafić’:-P druga
która na szczęście przychodzi częsot i szybko – spokojnie,poczekamy
chwilę.Po 5 minutach przyciskania guzików i braku reakcji pani windy
zaczęłam alarmować dzwoneczkiem.Po niespełna 5minutach zjawił się senor
espanol i gdy tuż po jego wypowiedzi uświadomiłam mu,że może mi równie
dobrze nawrzucać,bo go nie rozumiem zakończył ‚uno momento’,a więc
‚gracias’ i czekałam.Po kolejnej,zdaje się dłuższej chwili,zjawił się i
uratował z potrzasku.Wyszłam dziękując mu w trzech językach,przyznając
się tym samym do swojego,i spokojnie zdążyłam na zbiórkę.I oto właśnie
pojawiły się piękne chmury,które trochę podburzyły moje wyobrażenia tej
wycieczki,bo miałam okazję pooglądać fotorelacje z ubiegłych lat.Ale to
Hiszpania,gdzie słońce się chowa trochę na zimę,żeby nam w PL śniegu nie
roztopić.I ta myślą je rozwialiśmy.Wyjazd jak najbardziej
udany.Spędzony z Polskim team’em:) który przywrócił moją homeostazę
radości z życia.Nie,chronologicznie nie potrafię.Więc będe nawiązywać na
bieżąco.A więc Polaków wyczekiwałam jak dzieci Św.Mikołaja.A gdy się
zjawili to bez żadnego ale zaczęliśmy spędzać razem niemal cały wolny
czas.Nie służy to naszej praktyce języków obcych,ale trudno się oprzeć
spotkaniu w takim składzie,wiedząc,że NA PEWNO,ktoś będzie bliski
płaczu.Ze śmiechu oczywiście.Ciężko jednak to wszystko przełożyć na
jakikolwiek inny język(np.jeb,raszpla,gąsior?).Umawiając się z Magdą
przez telefon serce mi rosło słysząc j.pl. Ah ah.Wszystko to dlatego,że
mialam zaszczyt,doceniam,na prawdę,spędzić cały pierwszy tydzień w
towarzystwie native’ów.Z grona kilkudziesięciu kilka osób nawiąząło ze
mną dialog,a kilka potrafiło nie rozumieć ‚can I?’.Było ciężko.Słysząc
od Eli,współlokatorki,również pełnej krwi Hiszpanki,że ten tydzień był
jej najgorszym z powodu natłoku spraw,w którym z resztą miałam okazję
uczestniczyć,więc rozumiem,poczułam jeszcze większą więź między nami.Bo
na prawdę nie przypominam sobie w całym swoim
przedł(uuuuuuuuuuu…:D)ugim,bajkowym życiu tak ciągnącego się
dramatu,zakończonego z resztą załamaniem i wybuchem rozładowującym
emocje.Tydzień wyglądał mniej-więcej w ten sposób,że wstawałam i byłam w
pełni uzależniona od Eli,ponieważ jedyne co wiedziałam…to w sumie
nic.Nie znałam miasta,nie miałam internetu,ani numeru do jakiejkolwiek
osoby będącej na miejscu.Oprócz Eli ofc.Tak więc czy mam coś na koncie
mogłam się dowiedzieć w bankomacie cierpliwie,powiedzmy,czekając na
pieniądze z UG.Których wciąz nie mam,co to by było bez mamusi…
W ostatniej chwili dowiedziałam się o wspólnym wyjściu z resztą
Erasmusów,więc udało mi się spędzić z nimi jeden wieczór,z resztą
przyjemny,oczywiście przy Sangrii i jedzeniu.Dodatkową radością było dla
mnie spotykanie Estonek które już znałam, na uniwersytecie,który
musiałam odwiedzać dosyć często,żeby wiedzieć cokolwiek i żeby
skorzystać z internetu.Resztę dnia czekałam na Eli,której jestem
przeogromnie wdzięczna za planowanie mojego wolnego czasu.Dzięki niej
dużo zobaczyłam i nie umarłam z nudy i załamania.
A,warto wspomnieć o organizacji Iplus,która też zajmuje się planowaniem
czasu Erasmusów.Codzień,jak się później dowiedziałam,wszyscy spotykali
się na plaży,a wieczorem ruszali do różnych pabów.Się dowiedziawszy się
dołączyłam.Ah ile zabawy z wodą,piaskiem i piłka;)
W składzie i nieładzie i jednak na szybko to na razie na tyle.Oprócz spotkania ‚u Polaków’
właśnie zostałam zaproszona na wyjście z Eli,jej przyjacielem
Ramonem,którego miałam okazję już poznac i jego współlokatorką-Polką.Z
reszta,jak się okazuje,to na oko co piąta osoba tutaj ma polskie
korzenie.
¡Hasta luego!


  • RSS